Numer 15
 
 
Na dachu świata
Do wioski Markha przybyliśmy wczesnym wieczorem. Rozstawiając namiot, podszedł do nas właściciel ziemi. Wziął do ręki anglojęzyczny przewodnik po dolinie i zaczął z zainteresowaniem przeglądać. Po kilku minutach wskazał na zdjęcie człowieka widniejące w przewodniku i wskazując znanym nam wszystkim gest powiedział: dead, dead.

Mały Tybet
Ladakh to miejsce zagubione w czasie i przestrzeni. Otwarte dla przybyszów dopiero w 1974. Wiedzie tam tylko jedna jedyna droga, czynna od maja do września. W najwyższym punkcie sięga 5500 metrów. Zimą jedynym oknem na świat jest maleńkie lotnisko, gdzie boardingi wypisywane są ręcznie.
Historia Ladakhu sięga XVII wieku kiedy było królestwem i zajmowało również tereny dzisiejszego Nepalu. W roku 1948 po odzyskaniu przez Indię niepodległości Ladakh stał się częścią stanu Dżammu Kaszmir. To ocaliło region od zagłady, gdyż dwa lata później w 1950 roku na Tybet najechały komunistyczne wojska Chin.
Ladakh jest jedynym ocalałym skarbcem wielkiego kulturowego dziedzictwa Tybetu, dlatego właśnie zwany jest Małym Tybetem. Mieszkańcy Ladakhu postanowili otworzyć swoją odludną krainę dla turystów. Powodem była nie tyle chęć zarobku, lecz chęć udostępnienia zwiedzającym zabytków, klasztorów znajdujących się na terenie Małego Tybetu, gdyż w Tybecie wiele klasztorów i świadectw kultury zostało zniszczonych przez Chińczyków. – Tybet nie może pójść w zapomnienie – podkreśla Tashi Rabgias, badacz i historyk Ladakhu. Dotarłam tam w środku lipca, w Indiach w tym czasie panował monsun, często padało, jednak korona Himalajów nie pozwoliła, aby chmury dotarły nad Mały Tybet. Zastaję piękne błękitne niebo. Płuca łapczywie chwytają rozrzedzone powietrze. Mała ilość flory ma również wpływ na ilość tlenu w powietrzu, którego jest tutaj mniej niż na podobnych wysokościach w innych rejonach świata. Na nos wkładam okulary. Barwy są tak intensywne, niebieskie niebo, zielona dolina pośród szczytów korony świata. Centralnym punktem regionu jest miejscowość Leh, jest to też centrum życia kulturalnego i politycznego. Leh położone jest na 3500 metrów i w zasadzie niżej niż 3000 metrów w Ladakhu nie da się zejść. Wygląda to wszystko bardzo księżycowo – skaliste wysokie góry pozbawione prawie całkowicie roślinności. Nieustająco atencji domaga się górujący na wzniesieniu pałac Leh. Wygląda okazale i wzniośle, niestety jedynie z zewnątrz. W środku jest bardzo nadszarpnięty upływem czasu. Wybudowany w XVII wieku podobno posłużył jako pierwowzór pałacu Potala w Lahsie. Pomimo zrujnowanego wnętrza, zachowała się biblioteka z XVI-wiecznymi zwojami modlitewnymi mnichów buddyjskich.
Leh jest przystankiem w drodze zbłądzonych backpackersów, fanatyków trekkingu górskiego czy raftingu. Wiele miłych lokalnych restauracji oferuje wyśmienitą kuchnię za bardzo małe pieniądze. Z przyjemnością śniadanie spożywam na dachu domu w knajpce z widokiem na monumentalny pałac.
Leh jest jak oaza zbłądzonych wędrowców, ludzie z całego świata spacerują uliczkami wymieniając się doświadczeniami, która trasa w himalajskich dolinach jest ciekawa, a którą trzeba ominąć, jaki klasztor robi wrażenia, a który jest mniej okazały.

Mnisi
Lokalnym autobusem docieram do pobliskiej miejscowości, nad którą góruje Tikse Gompa. Wdrapuje się na sam szczyt, klasztor wydaje się pusty, w oddali słyszę tybetańską muzykę dochodząca jakby zza światów. Pokonuje kolejne schodki wspinając się na szczyt klasztoru. Nikogo nie ma… panuje pustka i cisza. Zanurzam się w widoku Himalajów i dźwięku tybetańskich dzwonków. Schodząc podążam za dźwiękiem muzyki. Kiedy przeszłam na drugą stronę drogi, otacza mnie grupka małych mnichów odzianych w czerwone szaty. Razem z nimi docieram na coroczny piknik dla mnichów klasztoru Tikse, jako jedyny człowiek z zachodu z zainteresowaniem obserwuję wyczyny sportowe młodych i starszych mnichów. Ich radość życia i pozytywna energia mnie powala. Przykucam w kącie tak, aby uwaga nie skupiła się na mnie. Mały mnich zdziera z mojej głowy chustę i głaszcze włosy, ponieważ są inne niż jego. Potem zabiera mi aparat i prosi, abym wytłumaczyła, do czego to służy. Z radością biega dookoła polany polując na portrety swoich kolegów. To było pierwsze spotkanie z mnichami…

Spacer w chmurach
Himalaje to magia, którą ciężko ogarnąć słowami. Co czuje człowiek, który ma świat u stóp. Pomimo męczącej wspinaczki radość z bycia tak wysoko jest nie do opisania. Idziemy we dwójkę, my nasze plecaki i kije trekkingowi. Rezygnujemy z osłów i tragarzy, pomimo iż ceny są bardzo niskie. Chcemy jak lokalni szerpowie doświadczyć trudu tego miejsca. Dolia Mrkha jest malownicza, pełna fascynujących widoków, skał, klasztorów, gomp, chorągiewek modlitewnych. Mijamy strudzonych turystów i roześmianych szerpów krzyczących do nas z radością: Jullay, jullay (witaj, witaj). Baza noclegowa praktycznie nie istnieje. Mały namiocik ratuje życie, gdy jest silny wiatr. Warto jednak choć jedną noc spędzić pod gwiazdami. Ich migoczące tysiące dają siłę na kolejny dzień wędrówki. Wędrujemy od wioski do wioski doliną, której dnem płynie rzeka Markha. Szczytowymi punktami trekingu były dwie przełęcze - Ganda La (4920 m) i Kongmaru La (5150 m).
Na tle nieba rysuje się wyraźnie górujący nad okolicą ośnieżony szczyt Kangyaze (6400 m n.p.m.). W jednej z wiosek mijamy grupkę dzieci grających w karty. Przyłączam się do nich, oni z uśmiechem nie protestują. Po półgodzinnej partii karcianej przypominającej chyba naszego Piotrusia nie ma przegranych. Wszystkie dzieciaki otrzymują gumę do żucia. Wioski są biedne, ale zadbane. Dzieci bardzo często opuszczają miejsca zamieszkania na kilka miesięcy, by spędzić je w najbliższej szkole w regionie.
Ludzie Markha są pogodni i pracowici, kobiety organizują się w swoistego typu spółdzielnie, produkujące lokalne wyroby. Wiele osób uczy się angielskiego widząc w tym szanse na lepszą przyszłość.
Trekking zajął nam 7 dni, po drodze wiele przygód, nasz maleńki namiocik wzbudzał zainteresowanie zarówno osłów, lokalnych mieszkańców wioski, którzy z radością pomagali go rozstawiać (jego rozłożenie zajmuje 3 minuty), jak i wyprawy spotkane na drodze. Z Koreańczykami wplątaliśmy się w interesującą rozmowę na temat sensu pracy i życia. Oni wychowani w kulcie pracy powoli rozumieją, że życie zawodowe to jedyna część naszego jestestwa, że warto żyć dla takich chwil jak ta, w której tkwiliśmy, z kubkiem milk tea i widokiem zapierającym dech w piersiach.

Agata Kondracka-Drążkowska
powrót
Ladakh jest jak ocalały skarbiec wielkiego kulturowego dziedzictwa Tybetu, dlatego właśnie zwany jest Małym Tybetem.
Wiedzie tam tylko jedna jedyna droga, czynna od maja do września. W najwyższym punkcie sięga 5500 metrów.
Zabytki i klasztory znajdujących się na terenie Małego Tybetu zostały udostępnione turystom m.in. z tego powodu, że w Tybecie wiele klasztorów i świadectw kultury zostało zniszczonych przez Chińczyków.
Wybudowany w Leh w XVII wieku pałac podobno posłużył jako pierwowzór pałacu Potala w Lahsie. Pomimo zrujnowanego wnętrza, zachowała się biblioteka z XVI-wiecznymi zwojami modlitewnymi mnichów buddyjskich.
Centralnym punktem regionu jest miejscowość Leh, jest to też centrum życia kulturalnego i politycznego.
Razem z małymi mnichami docieram na coroczny piknik dla mnichów klasztoru Tikse.
Jako jedyny człowiek z zachodu podczas pikniku mnichów z zainteresowaniem obserwuję wyczyny sportowe młodych i starszych mnichów. Wszystko wygląda bardzo księżycowo – skaliste wysokie góry powyżej 4500m. pozbawione prawie całkowicie roślinności. Himalaje to magia, którą ciężko ogarnąć słowami.
 
 
Wiadomość została wysłana do Ciebie ponieważ jesteś czytelnikiem newslettera Monthly Concept i Twój adres e-mail został dopisany do listy odbiorców elektronicznego biuletynu informacyjnego. Nadawcą e-mailingu jest Incentive Concept Poland Sp. z o.o. Sp. Kom. z siedzibą w Warszawie przy Al. Wilanowskiej 303A.

Jeśli nie chcesz otrzymywać naszego newslettera kliknij na ten link aby usunąć swój adres e-mail z naszej bazy danych.

Archiwum artykułów dostępne jest na naszej stronie internetowej - kliknij tutaj aby je obejrzeć.


Incentive Concept Poland

e-mail: monthly-concept@icpgroup.pl