Człowiek i jego pasja

Wprowadzamy do flairu trochę kobiecości

Ania Zawalska i Martyna Kuznowicz poznały się w sali treningowej i od razu zaczęły liczyć siniaki, których nabawiły się podczas pracy nad spektakularnymi rzutami. Stanowią jedyny w Polsce tandem, który profesjonalnie zajmuje się barmaństwem w stylu flair.

Przygotowujecie drinki w nieszablonowy sposób, wykonując w tym samym czasie ze szklanym sprzętem różne dziwne figury. Czy jest to kwestia kształcenia się w tym kierunku, hobby, czy to po prostu przygoda?
Ania: Moja przygoda z rzucaniem zaczęła się właściwie od przygody z barmaństwem, którego zaczęłam się uczyć, gdy kilka lat temu wyjechałam na Majorkę. Wsiąkłam w to na tyle, że po powrocie do Polski poszłam na kurs barmaństwa klasycznego do Międzynarodowej Szkoły Barmanów i Sommelierów. Właściwie „przy okazji” zobaczyłam, że istnieje coś takiego jak kurs flairu. Od razu wiedziałam, że muszę spróbować. Zapisałam się. Najpierw traktowałam to jako bardzo ekscytujące hobby. Z czasem moje rzucanie zaczęło dryfować w kierunku zawodu. Żeby móc pokazywać komukolwiek ten sposób robienia drinków, żeby pracować w tym stylu naprawdę potrzeba trochę czasu, dlatego kwestia „zawodu” przyszła nieco później.
Martyna: Można powiedzieć, że u mnie też wszystko zaczęło się od pobytu za granicą i od kursu barmaństwa klasycznego. Rozpoczynając ten kurs, nie miałam pojęcia, co to jest flair. Podczas klasycznego kursu mięliśmy jeden dzień zajęć z podstaw flairu, zauważyłam że wychodzi mi to całkiem nieźle… Od razu po skończeniu kursu klasycznego, sprawdziłam czy jest kurs flairu i z marszu się zapisałam!
Zaczęło się od przypadku a teraz startujecie w międzynarodowych konkursach, przygotowujecie pokazy, razem ćwiczycie…
Martyna: Tak, w tej chwili jesteśmy jedynym tandemem żeńskim w Polsce (i prawdopodobnie jedynym w Europie) występującym, startującym w konkursach, robiącym pokazy.
Ania: Tak się jakoś złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie zrobiłyśmy kurs flairu, a jak wiadomo jest to taki styl barmaństwa, który wymaga godzin na sali treningowej. Spotykałyśmy się właśnie na sali. Siłą rzeczy spędzałyśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Po prostu razem ćwiczyłyśmy, zaprzyjaźniłyśmy się, i stałyśmy się żeńskim tandemem (śmiech).
Martyna: Poza tym trzymałyśmy poziom! Ludzie przychodzili i odchodzili, a my ciągle ćwiczyłyśmy. Połamane paznokcie, siniaki a nawet szwy wcale nas nie odstraszały. (śmiech)
Wynika z tego, że flair wymaga poświęceń…
Ania: Jak każdy sport…
Martyna: Godziny, godziny treningów, hektolitry potu, poświęcenie. Już nie tak łatwo pójść na imprezę, bo przecież następnego dnia trenujemy, mamy pokaz albo konkurs, który musi dobrze wyjść. Wyjeżdżamy do Paryża, czy do Aten na konkurs, po co więc tam lecieć, jeżeli nie przyłożymy się wcześniej…
Ania: To jest tak, jak z każdym sportowcem, treningi przynajmniej trzy, cztery razy w tygodniu, regularnie, po kilka godzin. Jak w każdej dyscyplinie nakład pracy podczas treningów przekłada się na efekty. Różnica jest tylko taka, że my nie mamy trenerów i każdy odpowiada sam za własny trening.
Czy według was treningi wystarczą, czy trzeba mieć jakieś szczególne predyspozycje, talent do tego, żeby tak rzucać?
Ania: Martyna zawsze miała szczególną smykałkę do tego, natomiast ja uważałam się zawsze za totalnie asportową osobę, przynajmniej pod względem koordynacji ruchów. Nawet wrzucenie piłki do kosza nie było dla mnie łatwe. W miarę ćwiczeń i ręka, i oko się wyrabia i koordynacja też mi się poprawiła, jestem w stanie dobrze rzucać.
Martyna: Ale trzeba też podkreślić, że liczą się tu nie tylko fizyczne możliwości. Trzeba być także kreatywnym i oryginalnym. Celem jest to, aby po kliku miesiącach treningów mieć układ, który samemu od początku do końca się wymyśliło, nie jest to kopia czyjegoś programu, czy czyjegoś stylu. Układ nie może być wypadkową kilku podpatrzonych gdzieś elementów. I tu flair wychodzi poza bar i salę, bo właściwie o kreacji, kombinacji ruchów można myśleć wszędzie. Często zdarza się, że wracam zmęczona po pracy i siedząc w metrze myślę: a jakby to było, gdyby butelkę postawić w ten sposób i tak ją przerzucić, takiego ruchu jeszcze nie było… Ciekawe, czy da się tak zrobić? I wtedy od razu na salę, do chłopaków – Tomka i Marka z pytaniem: czy da się wykonać taki ruch, czy warto to ćwiczyć. Odpowiedź brzmi: tak. No więc, następne kilka tygodni ćwiczymy, żeby wyszło.
Ale ruch jest Twój?
Marta: Tak, ruch jest mój, autorski. (śmiech)
A co z efektem rzucania, tym, co znajduje się w szklance, kieliszku? Czy tworzycie jakieś własne przepisy, recepty, czy są to klasyczne drinki?
Marta: Zdarza się i tak, i tak. To wszystko zależy też od rodzaju imprezy. Oczywiście celem rzucania i odbijania jest ładny i smaczny drink, który podajemy później gościom lub sędziom. Na konkursach zwykle jest tak, że jest lista drinków, które trzeba przygotować a oprócz tego jeden drink własnej kompozycji, za który dostaje się punkty. Jeżeli są to pokazy, to często pytamy o preferencje, co do serwowanych drinków, albo dopasowujemy rodzaj drinków do naszych układów. Albo po prostu dostosowujemy pokaz do tematu imprezy.
Ania: Zazwyczaj jest właśnie tak, że pokaz i wybór alkoholi dostosowujemy do tematyki eventu. Jeżeli jest to na przykład karnawał w Rio, to serwujemy drinki kojarzące się z Brazylią, mamy kwiaty, boa, elementy w stroju, które również wprowadzą gości w określony w klimat.
Można w jakiś encyklopedyczny sposób zdefiniować wasz styl?
Ania: Właściwie trudno odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nawet ludzie związani zawodowo z gastronomią nie potrafią do końca sprecyzować pojęcia flair. Jest to termin, którego rzadko się używa. Najbardziej stereotypowe określenie flairu, to żonglerka barmańska, czego barmani flairowi bardzo nie lubią. Jest to przyrównywanie do sztuki cyrkowej, a my postrzegamy rzucanie jako coś więcej – coś specjalnego, złożonego, a nie tylko machanie butelkami i szklankami. Można też powiedzieć, że flair to sposób atrakcyjnego przygotowania koktajli.
Marta: Inaczej wygląda też rzucanie na pokazie, inaczej podczas pracy za barem. Nie chodzi przecież o to, żeby gość godzinę czekał na drinka, bo musimy się wyrzucać. (śmiech) Ten sposób podania ma zrobić wrażenie, ale musi być też zwinny, sprawny, szybki. Chodzi o następujący efekt: gość myśli sobie, dostałem dobry drink, zrobiony w ciekawy sposób, przez fajnego barmana, ja tu chyba wrócę… Czasami wystarczy pokazać jeden ruch, rzut i goście chcą zobaczyć więcej. Często ludzie kojarzą rzucanie z Tomem Cruisem i filmem Koktajl, tyle że tam była namiastka tego, co się dzieje teraz…
Ania: Ale faktycznie, wszystko zaczęło się od tego filmu. Było to chyba w 1988 roku. Barmani zaczęli w ten sposób obsługiwać gości, zaczęli ćwiczyć taki sposób przyrządzania drinków. A poza tym, dotarło do szerszej publiczności, że barmani w ogóle coś takiego robią.
Gdzie można was zobaczyć, w jakich zawodach bierzecie udział?
Ania: Nasze rzucanie na konkursach zaczęło się od IFL czyli Niezależnej Ligi Flair. Event odbywa się cztery razy w roku, więc można zdobyć tam trochę doświadczenia na scenie. Po pierwszym roku rzucania zaczęłyśmy jeździć na międzynarodowe konkursy.
Marta: W tym roku właściwie skupiłyśmy się na międzynarodowych konkursach, Roadhouse w Londynie (na marginesie jest to najsłynniejszy chyba w Europie klub flairowy) Praga, Paryż, Ateny – trochę się nazbierało…
Czy fakt, że tak mało dziewczyn trenuje flair, daje wam przewagę nad innymi zawodnikami w konkursie?
Marta: Sędziowie raczej nie zwracają na to uwagi. Oceniają umiejętności. Chociaż dzięki temu, że dziewczyn w konkursie jest np. tylko dwie (śmiech), udaje nam się zyskać sympatię publiczności, przez co łatwiej jest nam nawiązać z nią kontakt.
Ania: Dziewczyn jest tak mało we flairze, że nie wprowadzono podziału na kategorie. Wszyscy oceniani są tak samo. Czasami zdarza się jakaś specjalna nagroda, ale wyniki konkursu są rzetelne, według punktacji. Marta: To jest ewentualnie tak, że niektóre ruchy, czy figury, które my wykonujemy bardziej pasują do pokazu dziewczyn. Jeżeli chłopak wykona taką samą figurą to nie będzie ona tak fajnie odebrana przez publiczność jak w wersji żeńskiej (śmiech). Ale przy ocenach sędziowskich nie ma to znaczenia.
Wspomniałyście o udziale publiczności. W jakim stopniu jej zachowanie wpływa na wasz pokaz?
Marta: Ojjj, to jest bardzo ważne. Najgorsze jest kiedy publiczność nie wczuje się w klimat, nie zacznie się bawić pokazem. Wtedy musimy jakoś ją wciągnąć, uaktywnić, ośmielić…
Ania: Czasami zdarza się, że ludzie patrzą na nasz pokaz badawczo, z boku, nie angażując się. Wtedy na przykład pokazujemy ucho, co oznacza, że chcemy ich usłyszeć. Reakcje publiczności są także bardzo ważne na konkursach, bo jeżeli publiczność krzyczy, klaszcze oznacza to, że jej się podoba, a fakt, że widzom się podoba, bawią się pokazem, nas też bardziej nakręca.
Marta: To jest tak, że reakcja publiczności jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu stresu. Im większa reakcja publiczności, tym stres jest mniejszy. Inna sprawa, że na konkursach takich jak ten w Roadhouse jest świadoma publiczność, która wie, co jest trudne, jak należy zareagować. Tam jest też świetny MC, który dobrze prowadzi show, moderuje publiczność. Czasami jest też tak, szczególnie podczas występu światowej gwiazdy, że stoisz i… odbiera ci mowę, zastanawiasz się, czy on naprawdę zrobił to, co zrobił? My jesteśmy jeszcze dość młode stażem, więc ci, którzy od lat trenują, ich pokazy, potrafią nas zachwycić.
Właśnie. Jeżeli chodzi o wzorce, flairowe guru…macie jakieś?
Marta: To na pewno nasi nauczyciele, dwaj polscy flairowcy – Tomek Małek i Marek Posłuszny. Od nich uczyłyśmy się pierwszych flairowych kroków. Zawsze możemy się do nich zwrócić, sprawdzić ruch, który sobie wymyślimy.
Ania: Z flairem jest generalnie tak, że barmanów, którzy rzucają nie jest tak wielu. W gruncie rzeczy, jest to zamknięte środowisko. Mniej więcej ci sami ludzie spotykają się na różnych konkursach, przyjeżdża ta sama grupa, wszyscy się znają. Więc ciężko powiedzieć, że ktoś jest moim guru, jeżeli właśnie wspólnie wypiliśmy kolejkę za to, że konkurs dobrze poszedł. (śmiech)
A sędziowie, oceny?
Ania: Sędziowie to głównie barmani, tacy z najdłuższym stażem w rzucaniu.
Marta: W ocenie sędziowskiej chodzi o to, żeby punktować oryginalność, przede wszystkim to, czy ktoś zrobi swoje numery, czy czyjeś. Jeżeli nie siedzisz w tym, nie jesteś w stanie tego zweryfikować. Dlatego pokazy muszą być oceniane przez osoby, które bardzo dobrze się na tym znają. Wyobraź sobie: przychodzi barman, ma trzy butelki, rzuca dwie butelki jedną ręką, wykonuje skomplikowany obrót, a wszyscy na to – wow! To był ruch! To prawda, to był ruch, tylko nie jego. Rodrigo Delpech robił taki sam pięć lat temu. Ktoś, kto w tym nie siedzi, nie może tego zweryfikować.
Ania: Sędziowie muszą na bieżąco oglądać wszystkie pokazy, co też nie jest wcale takie łatwe, żeby widzieć jak kto w danej chwili rzuca i w którym momencie osoba kopiuje określone ruchy. Muszą wiedzieć jak rzucają najlepsi, znać tę historię parę lat wstecz, żeby wiedzieć, że ktoś inny wykonujący taki sam ruch po prostu go skopiował. Chociaż z drugiej strony wiadomo, że na początku każdy się na kimś wzoruje. Nie ma zbyt wielu szkół ani kursów, na których można opanować ten sposób serwowania drinków. Zdarza się też, że są osoby, które świetnie wykonują czyjeś ruchy, ale nie są w stanie ułożyć własnych. Sędziowie oceniają także synchronizację ruchów z muzyką, dobór muzyki, zgranie.
Marta: Właściwie można powiedzieć, że bardzo niebezpieczne jest dla barmana flairowego pojawianie się na konkursie i zrobienie numeru, który wykonywał już inny barman. W środowisku barmanów jest nie do przyjęcie, że ktoś wykonuje pokaz, oparty na ruchach, butelkach, które są wizytówką innego barmana.
A co jest waszą wizytówką?
Ania i Marta: (śmiech) Zwykle ludzie mówią tak: Na konkursie były dwie dziewczyny, blondynka i brunetka, chyba z Polski. A… to wiem!
Marta: Na serio, nad własną wizytówką dopiero ciężko pracujemy, wszystko przed nami… na pewno staramy się wprowadzać do flairu trochę kobiecości. Często jesteśmy sensacją – wow, dziewczyna rzuca! Po pokazach ludzie nas zaczepiają i mówią, super to zrobiłaś.
W waszym profilu jest zaznaczone, że uzupełniacie się jak ogień i woda…
Ania: Jesteśmy skrajnie przeciwne jeżeli chodzi o charakter, mamy dokładnie odwrotne osobowości. Ale jest to też najlepsze potwierdzenie tezy, że przeciwieństwa się przyciągają. W tej chwili razem rzucamy, to fakt, ale jesteśmy też najlepszymi przyjaciółkami. Jesteśmy tak różne, a musiałyśmy zrozumieć, jak ta druga myśli, dlaczego się tak zachowuje. Często jest tak, że coś się dzieje a my tylko patrzymy na siebie i już wiadomo, o co chodzi. A poznałyśmy się w sali treningowej, gdzie zaczęłyśmy porównywać siniaki na łokciach (śmiech).
Marta: Ale o tych siniakach się nie pamięta, jak ludzie pytają: Boże, co ci się stało zastanawiasz się, o co chodzi… Posiniaczone ręce? Przecież to już coś normalnego.
Czyli to, co robicie to połączenie gastronomi i sportu…
Marta: Tak, to jest świetna siłownia.
Ania: Rzucamy butelkami, biegamy za nimi… zwykle osiem godzin dziennie.
Marta: Czasami budzę się w nocy i czuję bolące mięśnie, zastanawiam się dlaczego. No i przypominam sobie: acha, ćwiczyłam nowy numer. Mamy takie założenie, wchodzi nowy numer do programu, trzeba w ciągu dnia wykonać ten ruch 50 razy z rzędu bez upadku...
A lubicie pracować na eventach, lubicie pokazy?
Marta: Dla mnie to jest walka z koszmarem z dzieciństwa, czyli walka z tremą. Jest to rodzaj wyzwania, ale naprawdę to lubię. Jest stres, ale jest to inny, pozytywny stres.
Ania: Ja też niespecjalnie lubiłam się pokazywać. Pierwszy pokaz był najgorszy, był to ogromny stres, teraz jest już nieco inaczej. Mamy już wszystko wyćwiczone…

www.barcatering.com.pl







Styl flair w barmaństwie to efektowne przygotowanie drinków, często dodatkowym efektem są pokazy z ogniem.

« powrót | poleć znajomemu | skomentuj | drukuj