W poszukiwaniu meteorytu…
Wyprawa do miejsca katastrofy tunguskiej w setną rocznicę tego wydarzenia, 1908-2008
Relacja Jarka Kapińskiego i Krzysztofa Michniewicza



Sto lat temu w centralnej Syberii w dorzeczu Podkamiennej Tunguski doszło do potężnej eksplozji o mocy współczesnej bomby atomowej. Wydarzenie to odnotowały laboratoria obserwacyjne na całej kuli ziemskiej. Jednak do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to, co było tego przyczyną. Istnieje zaś kilkadziesiąt, zazwyczaj wykluczających się, hipotez.


„Okrągły” jubileusz stał się fantastyczną okazją do odwiedzenia tego miejsca. Zgodnie z przyjętym planem zamierzony cel osiągnęliśmy dokładnie sto lat po katastrofie, to jest 30 czerwca 2008 roku!


Przygotowania do wyprawy trwały trzy lata. Wprawdzie bardzo dużo wiadomości na temat katastrofy tunguskiej znajduje się w Internecie, jednak sprzeczne informacje dotyczące nawet zasadniczych kwestii, poważnie utrudniały opracowanie niezawodnego planu. Informacje o tym miejscu i możliwych wariantach podróży były zbierane już w trakcie poprzednich wypraw na Syberię. Wiele kwestii wyjaśniłaby analiza map tego rejonu, ale ich zdobycie nie było takie proste.


24 czerwca 2008, Warszawa, Moskwa, Krasnojarsk, Wanawara
Dotarcie do Wanawary – wsi położonej najbliżej miejsca katastrofy tunguskiej zajęło nam półtorej doby, chociaż całą trasę pokonaliśmy lecąc różnymi samolotami bez przerwy na nocleg. Najbardziej ekscytujący był ostatni rejs z lokalnego lotniska w Krasnojarsku. W samolocie nie było luku bagażowego, więc na pokład można było wnieść ze sobą mniej lub bardziej niebezpieczne przedmioty.

Stan wnętrza samolotu już na pierwszy rzut oka dawał wiele do życzenia: obdrapane ściany, sfatygowana tapicerka, pokryte rdzą metalowe części wyposażenia, panujący półmrok... Dwie godziny lotu spędzone w zdezelowanym AN 26, dostarczyły nam więcej emocji niż kibicowanie naszym urzędnikom w przygotowaniach do Euro 2012. Podczas lotu wszystko tak drżało, że czuliśmy jak plomby odspajają się od uzębienia. Huk pracujących pełną mocą silników skutecznie zagłuszał wszelakie dźwięki, w tym też informacje stewardesy. W takich warunkach nawet byśmy nie usłyszeli komunikatu, że za chwilę będziemy awaryjnie lądować gdzieś w głuchej tajdze. Odręczne napisy wykonane długopisem na przedniej ścianie pokładu: Zestaw surwiwalowy i Tratwa z każdą minutą wzmagały chęć posiadania opisywanych urządzeń na wyłączność. W sumie to i tak powinniśmy być zadowoleni, że samolot był zadaszony i że bezpiecznie wylądowaliśmy na prowizorycznym betonowym pasie. Jeszcze 30-40 lat temu w Wanawarze nie było lotniska a wszystkie samoloty lądowały wprost na rzece. Ciekawe, jak to wyglądało podczas niskiego stanu wody w Podkamiennej Tungusce i co na to miejscowe drapieżne ryby?


25-26 czerwca 2008, Wanawara
Na lotnisku w Wanawarze oczekiwała nas delegacja z Rezerwatu Tunguskiego. Najprawdopodobniej dostali „cynk” z Krasnojarska, że lecą do nich goście z zagranicy. Bez zbędnych słów zapakowali nas do służbowego gazika i zawieźli do swojej siedziby. Tam dowiedzieliśmy się, że pod żadnym pozorem nie dostaniemy zgody na pieszy marsz do epicentrum eksplozji. Powody mnożyły się i przybierały różne warianty w zależności od okoliczności. Raz przyczyną były agresywne niedźwiedzie, innym zaś razem ulewne deszcze, które zamieniły ścieżkę w jedno wielkie grzęzawisko. Będąc jednak 80 kilometrów od celu nie zamierzaliśmy się poddawać. Ostatecznie zaproponowano nam dwa warianty podróży: motorówką lub helikopterem.

Wkrótce jednak dowiedzieliśmy się, że mamy tylko jedną możliwość – polecieć tam pojutrze helikopterem.


Dyrekcja Rezerwatu, mimo kategorycznego sprzeciwu, co do naszego pierwotnego planu dalszej podróży, była dla nas bardzo uprzejma, udzielono nam wielu cennych informacji a następnie zostaliśmy podwiezieni do jedynego hotelu w Wanawarze. Tam dostaliśmy klucze do pokoi oznaczonych napisem Luks. Już na pierwszy rzut oka było widać, że tylko cena odzwierciedla doniosłość tego napisu – doba hotelowa była ponad dwa razy droższa od doby w jednym z krasnojarskich hoteli, w którym nocowaliśmy w drodze powrotnej do domu.


Największą atrakcją „luksusowych” pokoi była wspólna łazienka. Mimo wielu niedogodności i czyhających tam na nas pułapek, najbardziej obawialiśmy się termy elektrycznej, która co chwila wydawała groźne dźwięki. Trzeba tu jednak oddać sprawiedliwość i podkreślić, że lokal ten był wolny od pełzającej fauny i naskalnej flory.


Wieczorem postanowiliśmy odreagować trudy podróży i problemy z akomodacją w nowych realiach. Udaliśmy się do jednego z trzech pubów w Wanawarze. Znaleźliśmy się w lokalu prowadzonym przez Mustafę, pochodzącego z Tadżykistanu. Dwadzieścia jeden lat temu Mustafa został skazany przez sąd na osiedlenie się w Wanawarze, której nadal nie może opuszczać. Po rozkręceniu knajpianego interesu ściągnął do Wanawary brata, który w całym swoim życiu był tylko w Piatigorsku i Kisłowodsku. Stąd ich świat zaczyna się i kończy tam, gdzie są rogatki Wanawary. Wyglądają jednak na zadowolonych z życia a wiadomości ze świata odległego więcej niż 50 kilometrów interesują ich tyle, co przeciętnego Polaka Wanawara.


Życie towarzyskie w Wanawarze rozkwita dopiero nocą – przyjemnie się ochładza, znikają gdzieś nieznośne owady a białe noce skutecznie oddalają ochotę na sen. Stąd w pubie zapełniło się dopiero po północy. Przybyli klienci pochodzili głównie z okolic Podkaukazia. Przewijały się tu takie muzułmańskie imiona jak Anhelan, Pasza, Hussajn.


Następnego dnia wybraliśmy się na obiad do miejscowej restauracji. Podziwialiśmy wystrój wnętrza, przypominający nasze restauracje z okresu „późnego Gierka”. Z nas natomiast nie spuszczała wzroku 21-letnia kelnerka. Zapytana wyznała, że pierwszy raz w życiu na własne oczy widzi prawdziwych obcokrajowców. Do Wanawary rzadko zaglądają obcy i mimo tak doniosłego święta, jak stulecie katastrofy tunguskiej, byliśmy tam jedynymi cudzoziemcami.


Życie w Wanawarze płynie spokojne, nikt się nie spieszy. Ludzie mają dużo wolnego czasu. Jednak i tu od czasu do czasu zdarzają się incydenty mrożące krew w żyłach. Sześć lat temu we wsi grasował szatun. Szatun to określenie niedźwiedzia, który nie zdążył się najeść przed snem zimowym. Po wybudzeniu się w środku zimy głodny niedźwiedź podąża do najbliższej wsi. Jest przy tym bardzo agresywny i niczego się nie boi. Zjada wszystko, co znajdzie na swojej drodze pozostawiając za sobą jedynie psie obroże, krowie dzwonki i rosyjskie zegarki. Na szczęście jego sprawą skutecznie zajęła się miejscowa milicja.


Na okoliczność festiwalu poświęconego stuleciu katastrofy tunguskiej gubernator Krasnojarska wyasygnował ponad 6 mln rubli (ok. 300 tys. amerykańskich dolarów). Stąd, mimo powszechnej ospałości panującej we wsi, w pośpiechu przez całą dobę wykonywano prace przy plantowaniu i dekorowaniu placu otaczającego ufundowany pomnik. Wprawdzie wokół pomnika zdążono postawić mieszkańcom nowe płoty, to jednak z porządkowaniem placu – jak to zazwyczaj w Rosji bywa – ostatecznie nie zdążono. Nie zdążono również ukończyć budowy skansenu kultury Ewenków. Rosyjski rozmach jednak dało się zauważyć w innej postaci – na okoliczność festynu helikopterami przez cały dzień zwożono stada reniferów z całej okolicy.


27-29 czerwca 2008, epicentrum katastrofy tunguskiej
Po półgodzinnym locie dotarliśmy do epicentrum eksplozji tunguskiej. Był to dla nas długo wyczekiwany moment. Zanim jednak wylądowaliśmy, helikopter zatoczył kilka kółek, by każdemu dać szansę na sesję zdjęciową. Pierwszym celem odwiedzin był obóz zwany Zaimką Kulika. Po bytności ekspedycji Kulika pozostał tu doskonale zachowany budynek mieszkalny oraz kilka budynków gospodarczych różnego przeznaczenia. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje małe zadaszone pomieszczenie na palach służące jako spiżarnia (łabaz). W środkowej wysokości każdego pala zamocowana jest dwudziestocentymetrowej szerokości metalowa obręcz. Przed przytwierdzeniem jej do pala, godzinami ją polerowano, by uzyskać maksymalną śliskość. Tak „uzbrojone” pale miały chronić spiżarnię przed intruzami, których w tajdze nie brakuje: niedźwiedzie, rosomaki, burunduki, wiewiórki i wszelakiego rodzaju pełzające robactwo. By dostać się do zapasów żywności w spiżarni, dostawiano drabinę.


W Zaimce Kulika już od tygodnia stacjonuje trzech jegrów – uzbrojonych strażników Rezerwatu Tunguskiego. Ich celem jest zabezpieczenie terenu na okoliczność przylotu gubernatora Krasnojarskiego Kraju w dniu 30 czerwca. Wyprzedzając tok wydarzeń, gubernator ostatecznie nie dotarł do epicentrum.


Po zwiedzeniu okolicznych atrakcji i wypiciu herbaty, polecieliśmy helikopterem do kolejnego obozu ekspedycji Kulika – Pristani. Ponownie wykonaliśmy kilka rutynowych kółek, by w końcu stanąć na twardym lądzie. Przywitało nas tu dwóch jegrów. W Pristani również zachowało się kilka budynków z drewnianych bali pochodzących z 1929 roku. Helikopter wkrótce odleciał a my zostaliśmy tu do 30 czerwca, by rozejrzeć się po okolicy i podelektować krystalicznie czystym środowiskiem.


Wieczorami korzystaliśmy z prawdziwej ruskiej bani, postępując zgodnie z jej prastarymi procedurami. Bania zbudowana jest z drewnianych bali solidnie uszczelnionych mchem. Składa się z dwóch części – korytarza pełniącego funkcję szatni i pomieszczenia głównego. Obydwie części mają małe okienka. W głównym pomieszczeniu znajdują się nary (prycze z desek), na których można siedzieć albo leżeć. Głównym jednak elementem jest piec skonstruowany z pionowo postawionej stalowej beczki. Beczka podzielona jest na trzy części. W dolnej części znajduje się palenisko z rurą przechodzącą przez pozostałe części beczki a służącą do odprowadzania dymu. Środkowa część wyłożona jest kamieniami. Górna zaś stanowi odkryty zbiornik, w którym podgrzewa się wodę. Podgrzaną wodą z górnego zbiornika zrasza się kamienie w środkowej części pieca. Powstająca w ten sposób para bucha na całe pomieszczenie. Obok pieca stoi pojemnik z zimną wodą służący do uzupełniania wody w górnym zbiorniku pieca. Pod koniec każdej „sesji” smagaliśmy się wzajemnie gałązkami brzozy w celu poprawienia krążenia skóry a następnie na golasa wskakiwaliśmy do pobliskiego lodowatego jeziora. Cały ten cykl powtarzaliśmy bodajże pięć razy. Pobyt w ruskiej bani wprawdzie chwilowo bardzo wyczerpuje organizm, ale w perspektywie doskonale oczyszcza skórę, mobilizuje funkcje immunologiczne organizmu oraz oczyszcza ciało z toksyn w tym też z zatrucia alkoholowego.


Wraz z nami helikopterem przyleciał pewien Rosjanin o imieniu Fliur. Był osobą bardzo spokojną i unikającą nadmiernego zgiełku. Planował w tym rejonie znaleźć jakieś atrakcyjne pejzażowo miejsce nad potokiem i spędzić tam samotnie dwa – trzy tygodnie. Fliur pochodzi z Czelabińska i od wielu lat praktykuje islam. Sporo opowiadał o swojej religii a zwłaszcza bardzo krytykował islamski fundamentalizm nazywając go bezprawiem i bandytyzmem. Wspominał lata dziewięćdziesiąte, kiedy to czeczeńska mafia terroryzowała cały Kaukaz i jego okolice. Niepoczęstowanie papierosem było wtedy wystarczającym powodem, by zginąć od strzału w głowę. Sam pewnego razu o mało nie zginął, uczestnicząc w podobnym incydencie, a ocaliła go jedynie znajomość Koranu. Dopiero wojna rosyjsko-czeczeńska położyła kres bezprawiu. Jego zdaniem wszyscy Czeczeńcy są bandytami, których jedynym pomysłem na życie jest wojowanie.


Na terenie Pristani stoi słup ze strzałkami wskazującymi kierunki miast lub państw, z których przybywali tu turyści. W przeddzień jubileuszu własnoręcznie wykonaliśmy i zamocowaliśmy tam naszą strzałkę, na której widnieje napis: „Warszawa 4753 km”; z drugiej strony znajdują się data (30 czerwca 2008 r.) i nasze imiona. Litery wyryliśmy nożem a powstałe w ten sposób rowki wypaliliśmy lupą na słońcu.


Ten dzień znacznie różnił się od poprzednich, które przede wszystkim poświęcaliśmy zwiedzaniu okolicy. Od samego rana zaczął się prawdziwy nalot „intruzów”. Mniej więcej co dwie godziny w Pristani lądował helikopter z Krasnojarska z ekipami telewizyjnymi. Głównie byli to telewizionszcziki rosyjskich mediów, ale zaszczyciło nas też Discovery i CNN. W sumie udzieliliśmy kilku wywiadów, które 30 czerwca na okrągło transmitowano w większości rosyjskich stacji telewizyjnych.


Jednym z helikopterów przybyli znani rosyjscy naukowcy, organizatorzy dawnej ekspedycji do epicentrum – Plechanow i Czenichow. Większość życia poświęcili zgłębianiu tajemnicy tunguskiej i znali tu niemal każde drzewo. Kolejnym helikopterem przyleciał Piotr, miłośnik Chin, mieszkający od wielu lat na Tajwanie. Do epicentrum przybył z Wanawary. Najpierw jednak kilkaset kilometrów przejechał samochodem wiozącym robotników leśnych z Ust-Ilimska, następnie dwa dni samotnie przedzierał się przez tajgę, a gdy dotarł do rzeki, dobę dryfował zabranym ze sobą pontonem. W końcu spotkał rybaka z motorówką, który dowiózł go do samej Wanawary. Od tygodnia przebywaliśmy wyłącznie w towarzystwie Rosjan. Dlatego spotkanie tu w dzikiej, bezludnej tajdze centralnej Syberii rodaka, było tak nierealne, że dopiero po kilkunastu minutach rozmowy w języku rosyjskim, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że władamy tym samym językiem ojczystym.


30 czerwca, epicentrum katastrofy tunguskiej, Wanawara
Wstaliśmy o szóstej rano, by zdążyć z przygotowaniami do obchodów jubileuszu. Dokładnie o godz. 7.17 rano otworzyliśmy rosyjskiego szampana i symbolicznie napiliśmy się z naszych metalowych kubków, po czym wykąpaliśmy się w potoku.

W południe helikopter zabrał nas do Wanawary, gdzie odbywał się już folklorystyczny festiwal poświęcony wydarzeniu tunguskiemu z 1908 roku. Odsłonięcia pomnika dokonał radziecki kosmonauta Gieczko. Wieczorem na scenie rozpoczęły się występy ewenkijskich zespołów tanecznych i wokalnych. Wykonawcy byli ubrani w tradycyjne stroje ludowe. W festynie wzięła udział cała społeczność Wanawary. Do utrzymania porządku ściągnięto tu milicję aż z Krasnojarska. Mimo że na placu nie było ani jednej trzeźwej osoby, nie doszło do żadnych incydentów. O północy festyn folklorystyczny przerodził się w dyskotekę pod gołym niebem trwającą do szóstej rano. Tak hucznego wydarzenia jeszcze nie było w historii Wanawary i zapewne już nie będzie przez najbliższe 100 lat.


1-3 lipca, Wanawara
Wydawałoby się, że dziś już nic nie jest w stanie przyćmić wczorajszego festynu. Nic jednak bardziej mylnego. W południe, w całej wsi zabrakło energii elektrycznej, co zupełnie sparaliżowało jej funkcjonowanie. Nie działały nawet telefony komórkowe. Dowiedzieliśmy się, że następnego dnia przylecą energetycy z Krasnojarska szukać przyczyny tej awarii.

Po usunięciu awarii chcieliśmy skorzystać z bankomatu specjalnie przywiezionego tu na okoliczność tunguskiego jubileuszu. Niestety, bankomatu nie zdążono na czas podłączyć. Dyrektor banku, rozkładając bezradnie ręce, oświadczyła, że jeszcze nie wie, kiedy bankomat będzie czynny, gdyż nigdy wcześniej nie uruchamiali tego typu urządzenia i nie mają jeszcze w tej materii żadnego doświadczenia. Następnego dnia, z samego rana zadzwoniła dyrektor Tunguskiego Rezerwatu i przekazała nam wiadomość, że bankomat jest już czynny. To niby drobne wydarzenie potwierdziło nasze wcześniejsze przypuszczenia, że jako jedyni obcokrajowcy w Wanawarze, jesteśmy dyskretnie obserwowani a informacje o naszych poczynaniach są skrupulatnie przekazywane komu trzeba.


4 lipca, Wanawara, Krasnojarsk, Moskwa, Warszawa
Wracaliśmy do domu. Towarzyszyło nam potworne zmęczenie. Różnica sześciu stref czasowych i moc wrażeń zrobiły swoje. Jednak byliśmy bardzo zadowoleni z osiągnięcia zamierzonego celu. Kto wie, może jeszcze kiedyś zawitamy do gościnnej Wanawary, pełnej wspaniałych i życzliwych ludzi, otoczonej tysiącami kilometrów bezkresnej syberyjskiej tajgi?





Razem wylądowaliśmy w epicentrum wydarzeń.






Ślady naszego pobytu w epicentrum katastrofy tunguskiej.






Na terenie Pristani Kulika stoi słup ze strzałkami wskazującymi kierunki miast lub państw, z których przybyli turyści. Własnoręcznie wykonaliśmy i zamocowaliśmy tam też naszą strzałkę.




Pod nowo postawionym pomnikiem, który jest poświęcony jubileuszowi katastrofy tunguskiej.




W Wanawarze powstał pomnik z okazji stulecia katastrofy tunguskiej.


















Etniczny festyn zgromadził wszystkich mieszkańców. Po występach odbyła się huczna dyskoteka a zabawa trwała do białego rana.
Ludzie: 


Jak dotąd w Rezerwacie nie rozwinęła się jakakolwiek forma turystyki, choć 100-lecie wybuchu przyciągnęło kilku turystów, badaczy i dość dużą liczbę dziennikarzy.



Rosjanin o imieniu Fliur przyleciał z nami helikopterem. Dużo opowiadał o islamie, wojnach religijnych i Czeczenach…





Fliur i jego córki (zdjęcie wykonane już po jego powrocie do domu).







Jegr czyli uzbrojony strażnik Rezerwatu. Ze względu na agresywne niedźwiedzie, wszędzie nam towarzyszył.





Mieszkaniec Wanawary na popularnym tam typie motocykla. Jako jedyni obcokrajowcy, mieliśmy wrażenie, że na każdym kroku jesteśmy obserwowani.



Ola, kelnerka i barmanka w wanawarskiej restauracji. Byliśmy pierwszymi obcokrajowcami jakich zobaczyła na żywo na własne oczy.



Jeden z emerytowanych badaczy, który wciąż poszukuje odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę wydarzyło się w tajdze 100 lat temu.




Uroczysta kolacja w środku tajgi, w przeddzień wielkiego jubileuszu.





Aliona, nauczycielka z Wanawary. U niej wynajęliśmy pokój po powrocie z epicentrum eksplozji. Wcześniej mieszkaliśmy w jedynym hotelu we wsi.



Dzieci Aliony. Typowy wakacyjny dzień w Wanawarze.







Angelina, pracownica wanawarskiej poczty. Jak na taką głuszę, do wszystkich docierają listy i paczki.





Codziennie rano odwiedzaliśmy sklep o nazwie „Świeży chleb” w wiadomym celu.







Główna laureatka konkursu Miss Meteorytu.







Lena, dyrektorka Rezerwatu Tunguskiego. 30 czerwca, podobnie jak my :), udzieliła wielu wywiadów.





Siergiej, jeden ze strażników Rezerwatu. Sześć miesięcy w roku spędza poza domem, w tajdze. Jego umiejętności łowieckie, w czasach gdy w kraju panował głód, pozwoliły przetrwać jego rodzinie.
« powrót | poleć znajomemu | skomentuj | drukuj